Była kiedyś taka Droga krzyżowa w naszym kościele, którą przeżyłam inaczej niż wszystkie wcześniejsze. Do dziś wracam do niej myślami, bo coś wtedy we mnie pękło. A może raczej – coś się otworzyło.
To był początek pandemii. W kościele panowała cisza inna niż zwykle. Na poranne nabożeństwo przyszło tylko kilka osób. Puste ławki, dystans, niepewność. Chwilę przed rozpoczęciem podeszła do mnie i mojej koleżanki nasza Siostra Zakrystianka. Z prostym pytaniem: Czy poniesiemy świece? Bo nie przyszli ministranci i nie ma komu nieść nawet krzyża.
Zgodziłyśmy się bez wahania. Siostra wzięła krzyż. My – świece. I tak zaczęła się Droga, która na zawsze pozostanie
w moim sercu.
Niosąc świecę, szłam powoli. Patrzyłam na każdą stację. Przyglądałam się twarzom, gestom, szczegółom, których wcześniej może nie zauważałam. Wsłuchiwałam się w rozważania księdza. Cisza wokół sprawiała, że każde słowo wybrzmiewało mocniej. Serce prawie pękało, gdy uświadamiałam sobie ogrom cierpienia Jezusa.
Jeszcze nigdy tak bardzo nie dotknęło mnie Jego upokorzenie, samotność, bezsilność. Każda stacja była jak osobiste Spotkanie. Ale najmocniej przeżyłam jedenastą. Gdy uświadomiłam sobie, że te gwoździe, którymi przybijano Jezusa
do krzyża, to także moje grzechy. Moje słabości. Moje wybory.
A przy dwunastej stacji kolana same uginały się do ziemi. Nie z przyzwyczajenia. Z bólu. Z wdzięczności. Z potrzeby wołania: Jezu, przepraszam. Za wszystko. Za to, co było. Za to, czego nie zrobiłam. Za to, że tak często nie rozumiem Twojej miłości…
Od tamtej Drogi krzyżowej minęło już kilka lat. Wiele razy uczestniczyłam w kolejnych nabożeństwach. A jednak każda następna jest dla mnie głębsza, bardziej świadoma. Bo wiem, że to nie jest tylko pobożny zwyczaj Wielkiego Postu.
To spotkanie z Miłością, która przeszła przez cierpienie dla mnie.
Tamtego poranka niosłam świecę. Ale tak naprawdę to Jezus niósł moje serce.
Emilia